Wojna a prawda

Hiszpania 1936: szczery Orwell i komunistyczny propagandzista Sznajderman.

„Wybiórczy” Sznajderman i szczery Orwell

KRÓTKO:

S.L. Sznajderman w pozycji „Wojna w Hiszpanii. Reportaż z głębi kraju” przedstawia zniekształcony, wybiórczy obraz wojny. G. Orwell pisząc „W hołdzie Katalonii” jest szczery do bólu, choć subiektywny. W kontekście wojny na Ukrainie – warto zastanowić się jakie wnioski płyną z lektury obu książek dla nas dziś.

SZCZEGÓŁY:

Wojna w Hiszpanii w 1936 roku wydaje się dziś odległa niczym walki pod Grunwaldem w XV wieku czy bitwa pod Poitiers. Z dzisiejszej, polskiej perspektywy niewiele o niej, jak się wydaje, wiemy. Nie oceniając w tej chwili jej wpływu na rozwój dwóch wielkich lewicowych totalitaryzmów XX wieku, wojna ta jest o tyle ważna, że rozgrywała się na progu epoki powszechnego dostępu do informacji. Jeszcze nie, jak dziś, przekazywanej, niczym relacja z Big Brother’a, live między obiadem i deserem, ale już relacjonowanej w mediach.

Dwa reportaże – książki S.L. Sznajdermana „Wojna w Hiszpanii. Reportaż z głębi kraju” oraz „W hołdzie Katalonii” G. Orwella – opisujące te same wydarzenia, obie z pozycji frontu komunistycznego, a jednak jakże odmienne, pokazujące, jak łatwo w czasie wojny o przeinaczenie, by nie powiedzieć kłamstwo.

Sznajderman: poleznyj idiot czy agent?

Książka Sznajdermana, wychwalana jako doskonały „reportaż”, dla nawet nieznacznie zorientowanego historycznie czytelnika brzmi, jak ulotka partii komunistycznej. Żenująca momentami propaganda, brak obiektywizmu autora, zupełny brak refleksji nad obserwowaną rzeczywistością. Książka jest tendencyjna, miałka, przypomina niekiedy grafomańskie wybryki noblistów w typie O. Tokarczuk czy żenujące, wiernopoddańcze wiersze o Stalinie, skądinąd genialnej, W. Szymborskiej.

Zachwyt emocjami związanymi z pojawieniem się na redzie barcelońskiego portu radzieckiego statku, naiwne zdziwienie faktem odbywających się corrid, eufemistyczne opisy „rozpraw”, podczas któcyh skazuje się na śmierć, opisy fabryk, gajów pomarańczowych, pakowalni owoców czy klasztoru w estetyce naruszającej potęgę smaku, zaiste jego retoryka „jest aż nazbyt parciana” – po prostu „dialektyka oprawców żadnej dystynkcji w rozumowania, składnia pozbawiona urody koniunktiwu.

Książka jest zła, przedstawiająca skrzywiony obraz „hinterlandu” wojny (jak w swej recenzji pisze K. Koprowska), napisana świadomie kłamliwie z pozycji komunistycznego propagandzisty lub kogoś o wybitnie ograniczonej zdolności postrzegania i analizowania faktów.

Orwell: prawda między oczy

Na tym tle pozycja G. Orwella jawi się jako subiektywny, ale szczery do bólu przekaz. Walczący po stronie republikanów (lewicy) autor gotów jest wyznać, że „wielu żołnierzy z oddziałów po drugiej stronie nie było wcale faszystami, ot zwykli, nieszczęśliwi poborowi, których wybuch wojny zastał podczas odbywania służby wojskowej”, naśmiewający się, że „to nie jest wojna, to opera komiczna, gdzie czasem zdarzy się przypadkowa śmierć.” (wynikało to z braku broni, jej fatalnej celności i kiepskiego wyszkolenia wojsk, co skutkowało niewielką ilością ofiar – zwykle będących efektem samopostrzelenia czy pomyłki).

Podstęp i fałsz komunistów

Orwell, analizując zastaną rzeczywistość zarówno z miejsca okopów, jak i „tyłów” przytomnie zauważa, że „pisanie o walkach w Hiszpanii tylko z czysto wojskowego punktu widzenia jest niemożliwe. Była to przede wszystkim wojna polityczna”, oparta na „bezpośrednich naciskach wywieranych przez rząd rosyjski […]; wiadomo bowiem, że polityka partii komunistycznych we wszystkich krajach jest w istocie polityką ZSRR”

Rozczarowany stalinowską rozgrywką, której celem było opanowanie struktur władzy w Hiszpanii przez komunistów radzieckich opisuje proces walk wewnętrznych, kończących się śmiercią „trockistów”, jak nazywa się każdego lewicowca, który nie zgadza się z linią władz radzieckich. Pamiętając, że doświadczenia tej wojny zrodziły „Folwark zwierzęcy”, autor już w tej pozycji odnotowuje, że „na papierze program komunistów prezentował się nieźle” jednak „okazał się jednak mydleniem oczu. Zabiegi komunistów nie miały na celu odsunięcia rewolucji w czasie lecz uzyskanie pewności, że nie odbędzie się ona nigdy”.

Orwell zauważa podobieństwa faszyzmem i komunizmem, jako dwiema odmianami lewicowych totalitaryzmów, a jednocześnie odnotowuje, że „trudno było porównywać Franco z Hitlerem, czy Mussolinim. Jego pucz wojskowy, wspierany przez arystokrację i kościół, był w swym głównym nurcie, nie tyle próbą wprowadzenia faszyzmu, co miał na celu przywrócenie feudalizmu.”

Skromność i wszechwiedza

Jedna różnica jeszcze zaskakuje po lekturze obu pozycji. O ile Sznajderman, deformując opisywaną rzeczywistość, wydaje się, że przynajmniej po części świadomie (zapewne, bo przecież nie sposób było tak bardzo „nie widzieć”) wybiórczo opisuje, to, czego doświadcza, jednocześnie daje czytelnikowi poczucie, że jego reportaż ma cechy prawdy bezwzględnej.

Orwell, pisząc w sposób nieporównanie bardziej zniuansowany, przedstawiając okoliczności z wielu różnych punktów widzenia, choć nie stroniąc od swych poglądów jednocześnie przestrzega „pamiętajcie o mojej stronniczości, o nieścisłościach i przeinaczeniach wynikających nieuchronnie z faktu, że byłem świadkiem jedynie części wydarzeń”. Mimo zatem, że relacja Orwella daleka jest od kompletności i nie opisuje bestialstwa komunistów, mordujących właścicieli majątków, księży czy zakonnice, to jednak Orwell, w przeciwieństwie do Sznajdermana, ma świadomość wyrywkowości swych wspomnień.

Niezależnie od powyższego warto przeczytać obie pozycje, choćby po to, by zauważyć, jak skrajnie nieuczciwa, czy wybiórczo przedstawiona może być relacja z wojny- dziś możemy to ocenić, o jej okoliczności, przebieg, przyczyny znane są już dokładnie. Warto pamiętać o tym, czytając relacje z frontu nad Dnieprem. Refleksję nad faktem, że prokomunistycza książka Sznajdermana z takim zapałem recenzowana jest przez niektóre środowiska w Polsce, podczas, gdy Orwella, który z komunizmu się w Hiszpanii „wyleczył”, bez entuzjazmu się „toleruje”, pozostawiam  intelektualnej burzy neuronów u czytelników.

Co profetyczny Orwell mówiłby dziś?

Nie byłby sobą G. Orwell, gdyby w ostatnich zdaniach swej doskonałej książki nie zawarł profetycznej wizji, pisząc, o swym powrocie do ojczyzny: „południowa Anglia, chyba najbardziej wypielęgnowany zakątek świata. Dopływając do wyspy od tej strony, zwłaszcza gdy objawy choroby morskiej łagodnie ustępują i siedzi się na pluszowej poduszce w kabinie promu, trudno uwierzyć, że gdzieś coś się dzieje. Trzęsienie ziemi w Japonii, głód w Chinach, rewolucja w Meksyku? Nie martw się, butelka mleka będzie stała jutro rano na progu, New Statesman wyjdzie w piątek, […] tonące w dzikich kwiatach kolejowe rozjazdy, rozległe łąki, gdzie duże lśniące konie w zamyśleniu podskubywały trawę, leniwie płynące strumyki oblamowane wierzbami, zielone korony wiązów, ostróżka w przydomowych ogródkach; a potem gęsta, śpiąca dżungla londyńskich przedmieść, barki na mulistej rzece, znajome ulice, afisze zapowiadające mecze krykieta i królewskie zaślubiny, mężczyźni w melonikach, gołębie na Trafalgar Square, czerwone autobusy, granatowe mundury policjantów – Anglia spała głębokim snem. Czasami ogarnia mnie lęk, że nie ockniemy się z tego snu, że wyrwie nas z niego dopiero huk bomb”.

A my?

Po pierwsze – miejmy nadzieję, że paralela Hiszpania 1936 – Ukraina 2022 jest fałszywa.

Po drugie – myślę, że mamy szczęście. Z błogiej idylli geopolitycznej pauzy wyrwały nas działania A. Łukaszenki na polskiej granicy w roku 2021 i trwająca wojna rosyjsko – ukraińska. Dano nam czas, by przygotować się na nasz ruch.

Za kilka lat.

Spróbujmy być tak silni, by nikt nie odważył się zaatakować. Zgodnie z chińską, a nie europejską doktryną – walka, obojętnie, jak się zakończy, oznacza już porażkę. Sukcesem jest tak odstraszać, by do walki nie doszło, by nikt nie opisywał wojny w Polsce w 2025 roku.

Jan Smuga

22.05.2022, g. 17.01

Dodaj twój →

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.