Sankt Benedict Nursja

Opcja Benedykta antidotum na chorobę Zachodu?

Czy powrót do benedyktyńskich cnót pracy i modlitwy może uratować Europę przed marginalizacją?

Odurzeni „somą” czy oczyszczeni mądrą ascezą?

Przeczytałem książkę Rod’a Drehera’a „Opcja Benedykta”. Nie, nie chcę pisać klasycznej recenzji. Przede wszystkim dlatego, że musiałaby być krytyczna. Książka jest nierówna, momentami wręcz nudna i banalna, trącąca „kościółkowym” chrześcijaństwem z makatki i prostymi, jak krzywizna cepa, mądrościami wiejskiego proboszcza. Ale, pozostając w alimentacyjno- gumiakowej estetyce, między owymi porcos są również cudowne margaritas.

Ora et labora

Nie omawiając w szczegółach tez autora, które w skrócie sprowadzają się do benedyktyńskiego „ora et labora”, mam wrażenie, że książka, mimo, iż wydana w 2017 roku, udziela wielu odpowiedzi na pytania, które pojawiają się dziś, w pogmatwanym czasie COVID-19. Zmęczeni pandemią, niepewni jutra, nie wiedzący czy wierzyć w papkę infotainmentu, odcięci od „należnych nam” praw i przyjemności – gubimy się. Dlaczego? Wydaje się, że odpowiedź nie jest skomplikowana.

Społeczeństwa Zachodu, przyzwyczajane od niemal stu lat do opiekuńczej roli Państwa, oddały swą wolność w ręce Innych. Oczekujemy, mamy roszczenie, by Rząd, Władza załatwiła za nas nasze problemy. Już nie chcemy być staffowskim  kowalem, już nie dążymy do „dzieł wielkich, pilnych”, nie mamy w sobie tej zerojedynkowej decyzji, że lepiej nasze serce zginąć, „zmiażdżone cyklopowym razem, niżbyś żyć miało własną słabością przeklęte, rysą chorej niemocy skażone, pęknięte.” Odwołując się do innego Mistrza epoki, zaczęliśmy „pieścić się w skargach” zamiast „czcić świętości swoje i przechowywać ideałów czystość”

Mli mli” czyli odurzeni somą przyjemności

Zachowujemy się, jako Zachód jak bohaterowie „Powrotu z gwiazd” Stanisława Lema – ciepłe, nijakie „mli mli”. Ma być miło, przyjemnie, bez ryzyka, problemy mają za nas załatwić „inni” (Rząd), a my, jak dzieci będziemy opychać się słodkościami. Upojeni „brytem”, betryzowani szukamy zatracenia w rozrywce, zamiast, jak w biblijnej przypowieści, pomnażać swe talenty.  Jak bohaterowie kiepskiego hollywoodzkiego produktu – „Matrixa” – oddajemy swe człowieczeństwo w zamian za wirtualne, pozorne rozkosze. Nie bierzemy odpowiedzialności za siebie, za świat, za przyszłość.

Kontynuując podróż po literackich odniesieniach odnaleźć możemy odpowiedź na postawione wyżej pytanie w innej klasycznej pozycji w bibliotece każdego wolnościowca: w “Nowym wspaniałym świecie” Huxleya.  W scenie, w której Mustafa Mond, zarządca świata cenzuruje książkę, Mond, odmawiając publikacji książki, myśli: ”Szkoda[..] Robota mistrzowska[ale] tego typu idea może rozwarunkować niestabilne umysły kast wyższych – pozbawić je wiary w szczęśliwość jako Dobro Najwyższe, a w zamian rozbudzić w nich przekonanie, że cel jest gdzieś dalej, gdzieś poza sferą aktualnego bytowania ludzi; ze celem życia nie jest podtrzymanie dobrobytu, lecz jakieś tam pogłębianie i doskonalenie świadomości, jakieś poszerzanie wiedzy. Co zresztą, pomyślał zarządca, może być prawdą”.

Prawda, Dobro i Piękno

Do tego właśnie namawia nas Dreher – abyśmy, znów korzystając ze słów Wieszcza, „plwali na skorupę i zstąpili do głębi”. Niczym huxley’owski Dzikus wyrzucający przez okno tabletki „somy” nawołuje Dreher do obudzenia się z letargu. Nie do odrzucenia świata, nie do tępego samobiczowania, ale mądrej ascezy, do nauczenia się korzystania z „tego świata”, jak pięknie namawia do tego o. Adam Szustak w konferencji „Zamknij oczy”. Na końcowych kartach książki Dreher pisze: „Według tradycyjnego poglądu chrześcijańskiego Prawda, Dobro i Piękno to obiektywne rzeczywistości, przymioty Boga. […] Być wolnym to umieć dostrzegać i uczestniczyć w tych najwyższych dobrach, w ten sposób realizując naszą prawdziwą naturę. Chrześcijanie zachowują się cnotliwie nie dlatego, że Bóg tego od nich wymaga, lecz dlatego, że dzięki cnotom wyraźniej widzimy Chrystusa”, a pragnieniem chrześcijanina jest ujrzeć Boga i się do niego upodobnić.

Jak to zrobić? Można poczytać Drehera, można pojechać do Tyńca i pobyć kilka dni w klasztorze, można pomedytować lub poćwiczyć jogę (tak, tego Dreher, by nie polecił:-)). Dróg jest wiele. Wszystkie prowadzą w to samo miejsce. Europa, Zachód wybrały ślepą uliczkę otumanienia „przyjemnością” jako najwyższą wartością. Socjalizm – rak, który przeżera tkankę onegdaj chrześcijańskiej Europy odebrał wielu wolność, zastępując erzacem „bezpieczeństwa” i samorealizacji, mamiąc rajem na ziemi, którego przecież nigdy nie dostąpimy. Wciąż możemy wybrać: prawdziwą wolność w dorosłości lub „portret diabła [który] mówi „pokój”, gdy sięga do gardła”


Pandemia nie jest przyczyną. To tylko błyskawica, która oświetliła stół i pokazała, co na nim leży.

Jan Smuga

1 Komentarz do “Opcja Benedykta antidotum na chorobę Zachodu?Dodaj twój →

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.